opowiadanie „Biały łabędź”

Biały Łabędź

Elżbieta Bajan, uczestniczka Akademii Zaangażowanego Rodzica

Ostatni tydzień sierpnia. Niedziela, późne popołudnie. Warszawa. Stoję na peronie nr 4. Wokół mnie tłumy. Z megafonu płynie dźwięk: „Pociąg z Warszawy Wschodniej do Wrocławia Głównego wjedzie na tor 8-my przy peronie 4-tym”. Pomyślałam sobie, rozglądając się wokół siebie: „Oj, ciężko będzie znaleźć miejsce siedzące, a przede mną podróż zajmująca więcej niż 6,5 godziny. Usłyszałam głos hamującego pociągu. Zaczęłam podchodzić do drzwi wagonu z dużą grupą oczekujących. Wsiadłam jako trzecia lub czwarta z ogromnej liczby podążających za mną. W wagonie panuje półmrok. Zaglądam do pierwszego przedziału. Tylko jedno wolne miejsce w środku, nie przy oknie. Rezygnuję. Zaglądam do drugiego przedziału. To samo. Uchylam drzwi do trzeciego przedziału i znów to samo. „Siadam – pomyślałam – bo inaczej za chwilę będę całą podróż stała”. Przy oknie siedział mężczyzna w białej koszuli, mniej więcej w moim wieku z otwartą książką. Przestał czytać z powodu mroku, jaki panował w tunelu kolejowym Dworca Centralnego. Obok niego było wolne miejsce, jedyne w tym przedziale. Usiadłam kładąc mały plecak na podłodze tuż obok moich nóg. Podniosłam głowę, po wygodnym ulokowaniu się i konsternacja. Vis a vis mnie zobaczyłam siedzącą staruszkę, na oko stuletnią. Włosy miała silnie przerzedzone na wzór Wernyhory, w połowie pofarbowane na rudo w połowie siwe z przebijającą wszędzie wyłysiałą skórą. Broda wystawała jej daleko poza płaski profil, nos sięgał niemalże dolnej wargi. Całą twarz pokrywały zmarszczki, gęsto usiane i ułożone w bruzdy. Usta cofnięte, sugerujące bezzębną szczękę. Jakbym nagle miała przed sobą samą czaszkę obciągniętą pomarszczoną skórą staruszki, bez grama mięśni czy tłuszczu. „Siadłam w obliczu śmierci – pomyślałam. Jak dla mnie to mało komfortowa podróż mi się kroiła. Do Warszawy jechałam z przepiękną, dziewiętnastoletnią Ukrainką oraz dwoma zabójczo przystojnym Włochami. Sama przyjemność.

Przy oknie, obok staruszki siedziała postać. Widać po rysach twarzy i ubiorze, że jest to kobieta. Wyglądała jakby wyjęta żywcem z filmu Felliniego. Na głowie miała jasnoszarą chustkę, przetykaną srebrną nitką owijającą szyję z przodu, z zawiązana z tyłu. W stylu Sophii Loren jadącej kabrioletem, która chroni włosy przed rozwianiem przez wiatr. Oczy kobieta chroniła za dużymi okularami, sięgającymi  daleko poza brwi, jakby chciała coś ukryć. Szkła w okularach miała bliskie koloru czarnego. Spod chustki wystawał centymetrowy meszek. „Po co jej w mroku takie ciemne okulary? i ta chustka, chyba ma raka i chowa brak brwi, po chemioterapii podobno wypadają – pomyślałam. Po drugiej stronie staruszki siedziała kobieta w wieku 50+ z nadmierną tuszą. Nie chciałabym być na miejscu żadnej z tych kobiet – pomyślałam, dodając w myśli, że los nie wybiera i nigdy nie wiadomo co nas spotka. Pociąg ruszył a mnie chodziło po głowie, żeby zmienić przedział. Minęła godzina podróży. W czasie rozmowy staruszki z kobietą w chustce i mężczyzną z książką, moim sąsiadem, dowiedziałam się, że są rodziną i jadą do Częstochowy. Matka babuleńka, miała równo 90 lat podróżowała ze swoją córką i zięciem. Wracali z wizyty u rodziny w Warszawie. Minęło następne pół godziny i postać w okularach zdjęła je. Tak to była kobieta w wieku zbliżonym do mojego, a ja liczę już sobie 54 lata. Mija dwie godziny podróży i kobieta w chustce przechyla się lekko w moim kierunku i pyta mnie: „Co znaczy napis na pani koszulce?”, „A to”- powiedziałam przyglądając się swojemu T-shirt’owi. A, bo widzi Pani, ja wracam z Warszawy, z warsztatów psychoedukacyjnych dotyczących walki z homofobią”. A co to jest? – spytała, a ja jej na to: „Homofobia to uprzedzenie z niewiedzy i często lęk czy strach przed homoseksualistami, czyli przed gejami i lesbijkami. Ludzie nie chcą z nimi rozmawiać, podawać ręki, boją się ich, często obrażają, wyśmiewają a bywa, że i zabijają z nienawiści do odmiennej orientacji seksualnej”. „To wszystko przez brak tolerancji” – powiedział do mnie jej mąż, a ona po chwili mówi do mnie tak: „Bo widzi pani, ja mam czworo dzieci i najmłodsze, córka urodziła mi się właśnie taka”. To ja pytam: „Ma Pani córkę lesbijkę?” Tak, usłyszałam.

Po chwili moja rozmówczyni dodała: „To jest tak jak w tej bajce o czarnym łabędziu. Piękna para łabędzi ma jedno łabędziątko białe a jedno czarne. A czy to się leczy? Bo moja córka narzeka, że ja za mało się cieszę jej szczęściem, a ja nie potrafię inaczej. Ona jest teraz za granicą.” „Nie, tego się nie leczy, to nie jest choroba „- wyjaśniłam. „A czy Pani wie, skąd to się bierze? – spytała. „Z tego co czytałam – zaczęłam wyjaśniać – w magazynie pt. „Pink Parenting” człowiek z tym się rodzi, ma gen homoseksualny lub biseksualny, a na warsztatach w KPH, Kampanii Przeciw Homofobii dowiedziałam się, że o orientacji seksualnej człowieka decyduje okres płodowy życia dziecka. Ja też mam córkę lesbijkę i wiem, że gejów, lesbijek, biseksualistów i osób transpłciowych, czyli osób z grupy LGBT jest w Polsce około 2 miliony.” „A czy to minie?” – spytała moja rozmówczyni. „Z tego co mówiła na warsztatach psycholożka i seksuolożka, Pani Katarzyna Bojarska, a z których wracam, to nie jest zagadnie mijania jak grypy, czy innej choroby, to się w sobie odkrywa i z tego co ja wiem, to jest bardzo bolesny i wstydliwy proces dla osób z tej grupy, gdyż w czasie dorastania nagle ich znajomi interesują się płcią przeciwną a ich pociąga i podoba im się płeć ta sama. Żyją w lęku i samotności, nie wiedzą do kogo zwrócić się o radę, żyją w ukryciu, stąd na mojej koszulce jest napis :”kampania przeciw homofobii, żeby z tym szczęściem nie trzeba było się chować.” A czy oni potrafią żyć z jednym partnerem, bo moja córka już dwa razy zmieniała i boję się, że tak będzie robić dalej?” – spytała. „Oczywiście, że potrafią. Moja córka jest już sześć lat w jednym związku i jest bardzo szczęśliwa. Geje i lesbijki tak samo odczuwają, myślą pracują mają swoja moralność i etykę identyczną do ludzi heteroseksualnych tylko skierowaną do tej samej płci. Przecież Pani, czy ja też miałyśmy dużo chłopców zanim poznałyśmy tego jedynego, podobnie, Pani mąż, musiał poznać w życiu kilka kobiet zanim podjął decyzję, że ożeni się z Panią.” „A czy może mi to Pani zapisać na kartce, gdzie ja znajdę te warsztaty i czy mnie tam będą chcieli?” Już piszę, odpowiedziałam wyjmując z plecaka kartkę. Napisałam dużymi litarami KPH-KAMPANIA PRZECIW HOMOFOBII do wpisania w google a gdy otworzy się strona w internecie należy kliknąć na napis:”Czy jesteś wspierającą matką?”, wówczas pojawi się opis warsztatów z psychoedukacji prowadzonych w Warszawie przez organizację pozarządową o nazwie kph” -wyjaśniłam. W tym momencie do rozmowy wtrąciła się kobieta o dużej tuszy: „Wie Pani co, ja nie mam nic przeciwko gejom i lesbijkom, bo w mojej dalekiej, dalekiej rodzinie jest gej, a u sąsiadki w rodzinie jest lesbijka, ale po co oni tak się afiszują w tych paradach, to mnie denerwuje i to wołanie o prawo do adopcji, czy oni mogą wychować zdrowe dzieci?” „Jeśli chodzi o parady to według mnie oni chcą i mają prawo pokazać, że są normalnymi ludźmi, kochającymi, wrażliwymi, pracowitymi, wykształconymi, pełnowartościowymi obywatelami, a że kochają inaczej, to ich sprawa, nikomu nic do tego, komu dają buziaka, z kim chodzą za rączkę i z kim chodzą do łóżka, a co do adopcji, to już od trzydziestu lat prowadzi się badania nad dziećmi wychowywanymi w rodzinach homoseksualnych, wśród dwóch mam lub dwóch ojców. Okazuje się, że dzieci wychowywane w miłości bez względu na rodzaj płci rodziców wyrosły na zdrowe psychicznie, nie różniące się niczym od dzieci wychowywanych w domach heteroseksualnych. Pociąg zaczął hamować. Zbliżała się Częstochowa, a ja zdążyłam dodać:” Wiosną tego roku, moja córka wraz ze swoja partnerką i jej synem wybrały się do Hiszpanii na zlot rodzin homoseksualnych i proszę sobie wyobrazić, że z całej Europy przyjechało ok. tysiąca par gejów i lesbijek z dziećmi. Niektóre pary miały więcej niż jedno dziecko, dwoje a nawet troje”. Pociąg zatrzymał się. Zięć wyprowadził babcię na korytarz, a kobieta w chustce, ale już bez okularów nachyliła się do mojego ucha i szepnęła: „Wie Pani, ja jestem chora na raka i nie wiem, czy udźwignę jeszcze i to”. „Proszę kliknąć w google „KPH” powiedziałam na pożegnanie – i proszę się trzymać, a w razie czego do mnie zadzwonić, dopisałam Pani mój numer telefonu na kartce, którą Pani ode mnie dostała”.